Akurat wróciliśmy z przerwy i miała zacząć się matematyka, ale na szczęście do tego nie doszło. Pani podała tajemnicze ogłoszenie:
— Uwaga dzieci! Dzisiaj odbędzie się Operacja Podsniegowa! Kto odkryje, co pachnie pod śniegiem, otrzyma na stołówce zapas pizzy na 7 dni.
Wszyscy zamarli (łącznie z tymi, którzy udawali, że im nie zależy na pizzy. Gdy już staliśmy na szkolnym boisku, a klasa była pochłonięta poszukiwaniem, co w śniegu piszczy, ogarnęło mnie dziwne uczucie. — Czuję pod śniegiem zapach jakiegoś zimującego zwierzątka.- zawołałem.
Wszyscy zaczęli zgadywać:
— Kret!
— Mysz!
— Kanapka z jesieni!
Wtedy ja odparłem całkiem poważnie:
— Może to chomik, a może gronostaj.
Niektórzy nawet nie wiedzieli, że takie zwierzątko jak gronostaj w ogóle istnieje, więc patrzyli na mnie, jakbym cytował z encyklopedii. Żeby nie stracić odwagi, zawołałem:
— Zaraz tam zanurkuję!
I zanurkowałem — prosto w zaspę przy szkolnym płocie. Z zaspy wyskoczył on. Cały biały, drżący i wyglądający jak… miniaturowa tchórzofretka w białym płaszczyku.
— On wygląda w śniegu tak śmiesznie! — wyrwało mi się, choć starałem się być poważnym badaczem.
Wtedy nagle Sandy wpadła jak huragan.
— Teraz go zaskoczę! — zawołałą podekscytowana i obrzuciła mnie gradem śniegowych kul.
Gronostaj (bo już wtedy wiedzieliśmy, że to on) nie spodziewając się tego śniegowego szturmu, wolał udać się w bezpieczniejsze miejsce. Uciekł bezszelestnie w kierunku zarośli, zostawiając mi na pamiątkę maleńkie ślady łapek w śniegu.
— O nie! Sandy! Jesteś niemożliwa! Właśnie Straciłem gronostaja i tygodniowy zapas pizzy! — jęknąłem otrzepując się ze śniegu.
— Operacja trwa dalej. Nie poddawaj się. — odparła Sandy z uśmiechem.
I od tego dnia w naszej klasie nikt już nie wątpi w to, że gronostaje istnieją.
Dodaj komentarz
Komentarze